!


"Totalna Porażka: 12 godzin męki"- jest w tworzeniu. Zapowiada się na dość długie czytanie :)

INFORMATOR

TRAILER

Spiker: Ciemność...
... strach...
... niebezpieczeństwo...
... pułapki...
... niespodzianki...
... dużo niespodzianek...
... i...
... kilka walizek?
A gdzie milion?
W poszukiwanie forsy ruszy 16 uczestników, gdzie każdy z nich pragnie okrągłego...
Anne Maria: ... Miliona dolarów!
Spiker: Lecz nie każdy wie gdzie jest ukryty...
Lindsay: (trzyma w ręce walizkę) Teraz tylko znaleźć kluczyk
Spiker: Nowa odsłona- "Totalna Porażka: 12 godzin męki"- WKRÓTCE na:
totalna-porazka.blogspot.com

wtorek, 24 września 2013

"Totalna Porażka: 12 godzin męki"- cz.3



Pod murami zamku... Podziemia...

(Jo i Brick w tym samym czasie ze zapalonymi świecami w ręce zatrzymali się przed metalowymi drzwiami z wielkim pokrętłem)
Brick: Pierwszy!
Jo: Nie, to ja byłam pierwsza!
Brick: (zadowolony z siebie) Byłem o milimetr szybszy!
Jo: (kiwa głową) Chyba w snach! Później zrobimy powtórkę i się okaże kto jest szybszy (chwyciła za pokrętło) Teraz skupmy się na tym co trzeba (z całych sił przekręciła pokrętło)
(drzwi się otworzył i wyleciał z nich dym od którego zaczęli kasłać. Po chwili dym przewiał i weszli do środka)

Lochy...

(na podłogach i na ścianach jest pełno przykutych kościotrupów)
Jo: (uśmiecha się) Biedaczki najwyraźniej nie mieli dużo szczęścia
Brick: (kopie w jakiegoś szkieleta, który się rozwala) To nie są prawdziwe kości
Jo: (zauważa walizkę w dłoniach trupa wiszącego na ścianie) O tak! (uśmiecha się szeroko i zabiera walizkę. Denatowi odpadają łapy)
Brick: (zauważa klucz u innego trupa) Super! (chwyta za klucz)
Jo: (trzyma walizkę i patrzy na Brick'a) Daj mi klucz
Brick: (śmieje się nieśmiało) Ha...ha... (cofa się krok do tyłu) Raczej Ty daj mi walizkę
Jo: (marszczy brwi) Kadecie, oddaj mi grzecznie klucz (wypuszcza świece z ręki i ją wystawia)
Brick: (pewny siebie) Nie! (również wypuszcza świece z ręki)
(Jo rzuca się na niego, ale on robi unik i Jo ląduje na podłodze)
Brick: Żołnierze się tak łatwo nie poddają! (wybiega z pomieszczenia trzymając wciąż klucz)
Jo: (wściekła łapie za walizkę i wstaje z podłogi) Oh Ty psycholu! (podbiega do drzwi, ale automatycznie zamykają się jej przed nosem)
Jeden z kościotrupów: Kto zakłóca nam spokój?
(Wszystkie kościotrupy urywają się i zmierzają w stronę Jo)
Jo: Cofnijcie się!
(jakiś kościotrup do niej podszedł, a Jo uderzyła go z pięści, drugi znowu próbował wyrwać jej walizkę)
Jo: To moje! (poczuła jak inne kościotrupy łapią ją za ramiona)

Podziemia...

Jo: (słuchać jej krzyki) Aaaa!
Brick: (biegnie przed siebie, ale na usłyszany krzyk zatrzymuje się i widzi, że nikt za nim nie biegnie) Jo? (wraca się pod drzwi i się uśmiecha wścibsko) Nie nabierzesz mnie na to wołanie!
(nikt się nie odzywa, słychać tylko trzaski. Brick'owi spada uśmiech z twarzy i łapie za pokrętło otwierając drzwi. W środku widzi zmęczoną Jo i pokonaną armie kościotrupów. Jo wychodzi z lochów z walizką w ręce. Wściekła patrzy na Brick'a. On próbuje uciec, ale Jo tym razem udaje się rzucić na niego)
Brick: Ał!
Jo: (przyciska go do ziemi i zabiera mu klucz) Nie ze mną te numery (wstaje i wkłada klucz do walizki) Nie pasuje! (odrzuca klucz)
Brick: (bierze klucz i wstaje) A taką aferę robiłaś!
Jo: (przewraca oczami i łapie go za koszulkę) Chodź lepiej szukać właściwego klucza (pociągnęła go w tą samą stronę, co szli wcześniej)

*kibelek zwierzeń*
*Jo: (krzyżuje ręce) Chciał mnie przechytrzyć, ale mu się nie udało. Pogrywa sobie ze mną (na twarzy pojawił się jej uśmiech) I taką rywalizację lubię*

Wieża...

(Scott i Courtney idą po schodach i dochodzą do drzwi)
Courtney: Musimy uważać na wszelkie pułapki
Scott: (łapie za klamkę) Pułapki? Tych pułapek jest mało, albo nawet prawie ich nie ma (otwiera szybko drzwi)
Courtney: (spostrzega przy ścianie coś srebrnego. W jej oczach pojawia się błysk i uśmiecha się szeroko) Walizka!
Scott: (poszerza oczy i prostuje się momentalnie) K-kieł! (widzi rekina koło walizki)

*kibelek zwierzeń*
*(Kieł oblizuje się i pokazuje swoje ostre zęby)*

(rekin rzuca się na Scott'a)
Scott: Aaaa! (krzyczy kiedy Kieł na nim siedzi)
Courtney: (zabiera walizkę i robi parę kroków. Próbuje rękami, a nawet zębami ją otworzyć, ale to nic nie daje. Spogląda na Scott'a, po którym skacze rekin) A masz przerośnięta rybo! (uderza w głowę Kła)
(Rekin przestaje skakać i odwraca się. Wyrywa jej walizkę rzucając o podłogę, a następnie uderza ją płetwą)
Courtney: Aaaa! (spada na podłogę i cofa się do ściany z każdym nadchodzącym krokiem rekina w jej stronę)
Scott: (jęczy) Ał moja głowa... (udaje mu się wstać. Widząc walizkę zabiera ją i się wrednie uśmiecha. Rusza w stronę wyjścia)

*kibelek zwierzeń*
*Scott: (trzyma na kolanach walizkę i wyciąga trzy klucze. Na początku wsadza jeden) Ten nie pasuje (bierze następny) Ten też nie pasuje (wkłada ostatni klucz i otwiera walizkę)*

(Scott zatrzymuje się w progu drzwi wzdychając)
Courtney: (wystraszona) Aaa! Idź sobie zmutowany rekinie! (poczuła, że plecami dotknęła ścianę i rękami zaczęła zasłaniać twarz)
(Rekin chodząc na dwóch płetwach zbliżył się do niej ostatecznie)
Scott: (gwiżdże na dwóch palcach) Hej Kieł!
(Rekin reaguje na gwizd i odwraca głowę, a Courtney powoli opuszcza ręce)
Scott: (odważnie) Zostaw ją! To o mnie Ci chodzi, nie o nią!
(Rekin groźnie patrzy na Scott'a i zmienia kierunek, zbliżając się teraz do niego)
Scott: Trzymaj przekąskę paskudo! (wrzucił walizkę do jego paszczy)
(Kieł próbował pogryźć walizkę, ale po trudach w końcu ją połknął. Nagle wszystkie zęby rekina połamały się. Zawstydzone zwierze pisnęło i uciekło z wieży schodami w dół)
Courtney: (szybko wstała i podbiegła do Scott'a. Chwyciła go za ramiona i wkurzona zaczęła nim trząść) Zwariowałeś?! Teraz straciliśmy walizkę!
Scott: (odsunął ją od siebie) Spokojnie, sprawdzałem, była pusta

*kibelek zwierzeń*
*Courtney: (niezadowolona) Dobra, przyznaję, chciałam pomóc Scott'owi. Jedynie on miał klucze, a ja nie mogłam otworzyć walizki, dlatego z nią nie uciekłam*
*Scott: Żeby było jasne, wcale nie pomogłem Courtney. Miałem do wyrównania rachunki z Kłem i tym razem mi się udało go pokonać*

Scott: (myśli) Dlaczego odwróciłaś uwagę Kła? Myślałem, że zwiejesz
Courtney: (zakłopotana) Ja...no... (normalnie) Mogę Ci zadać to samo pytanie
Scott: Szczerze? Zdążyłem sprawdzić walizkę i stwierdziłem 'po co mi pusta?' (uwodząco) A po za tym mam trochę taktu w sobie, żeby nie zostawiać ładnych dam w kłopotach
Courtney: (zaskoczona) Czy ty mnie próbujesz podrywać?
Scott: (zdziwiony) Ja? Skądże znowu?! Mówię, że każdej lasce bym pomógł. Chodź, nie ma czasu do stracenia (ruszył schodami)
(Courtney tylko wzruszyła ramionami)

Pierwsze piętro... korytarz...

Zoey: (czuje, że coś chwyta ją za nogę) Aa! (przytula się Mike)
Mike: (jedną ręką obejmuje Zoey, a drugą gładzi swoje włosy) Arentino... lubi (uśmiecha się)
Heather: Tu na dole!
(wszyscy skupiają na nią wzrok)
Lindsay: (wybucha śmiechem) Hahahahaha!
Heather: (wściekle) I z czego się cieszysz kretynko?!

*kibelek zwierzeń*
*Lindsay: (zadowolona) Zobaczenie Heather jak utknęła w drzwiach jest nie codziennym widokiem*

Zoey: (puszcza się Mike 'Arentino' i patrzy na Heather) Jak to się stało?
Heather: Ten mały ciemnoskóry okularnik mnie tutaj zostawił! (uderza pięściami o podłogę)
Zoey: (uśmiecha się) Cameron? W którą stronę poszedł?
Heather: (wskazuje palcem w prawo) Chyba w tą
(Zoey, Mick 'Arentino' i Lindsay poszli we wskazany kierunek)
Heather: (zdziwiona) Hej, nie zostawiajcie mnie tu!
Lindsay: (wraca się do niej) Oj, Heather, Heather, Heather, ale sobie narobiłaś
Heather:  Wyciągnij mnie stąd!
Lindsay: Jak będziesz milsza to spróbuję
Heather: Idio- (uspokaja się) Lindsay, proszę wyciągnij mnie
(Lindsay kopie butem w drzwi nad głową Heather i wybija drzwi poszerzając dziurę)
Heather: (wyślizguje się i wstaje otrzepując się) Słuchaj Lindsay. Zostaw ich i współpracuj ze mną
Lindsay: Hahaha!
Heather: Co?!
Lindsay: (poskramia śmiech) Nie ma mowy Heather. Musiałbym Cię nie znać (poszła w stronę, co Zoey i Mike 'Arentino')
(Heather staje się przez chwilę czerwona ze złości)

Ten sam korytarz... kawałek dalej...

(Lindsay dołącza do swojej grupy)
Mike 'Arentino': Cudowna Zoey czy ktoś mówił Ci, że masz piękne oczy?
Zoey: (zachichotała) Ty po raz pierwszy Mike
Mike 'Arentino': Mów mi Arentino, nie Mike
Zoey: Oh, no tak nie jesteś sobą
Lindsay: Znalazłaś sobie fajnego chłopaka Zoey
Zoey: Fajnego fakt, ale jak jest sobą, chociaż kiedy nie jest sobą to czasem jest fajny, a czasem nie, ale teraz jest fajny
Lindsay: (rozmyśla) Chyba nie rozumiem...
Zoey: (wzdycha) To trudne do ogarnięcia
Mike 'Arentino': Wybacz blondynko za me maniery, ale zakochałem się i postradałem myśli na widok tej delikatnej, bezkolcowej róży idącej obok mnie
Lindsay: (podnosi brwi do góry) Hę?
Zoey: (rozkojarza się) Oh Arentino, aż mnie ciarki przechodzą na poezje Twoich słów
Lindsay: Jaką poezje?
Mike 'Arentino': Czy poszłabyś ze mną na randkę, kiedy ten cały chaos się skończy?
Zoey: (uśmiecha się szeroko) Oczywiście, że pójdę kochany (wchodzi na przycisk w podłodze)
(fragment podłogi zaczyna drżeć)
Zoey: (obserwuje podłogę) Co się dzieje?
(kawałek podłogi unosi ich do góry przenosząc na następne piętro)

Drugie piętro... korytarz...

(podnośnik zatrzymuje się)
Zoey: O tak! Jesteśmy o piętro wyżej
Lindsay: (uśmiecha się) Fantastycznie!
(na trójkę ludzi z sufitu wysypuje się mąka i wszyscy zaczynają kaszleć)
Mike 'Arentino': (otrzepuje się) Co to za dziadostwo?
Lindsay: Wydaje mi się, że mąka, bo pudru mi to nie przypomina
(następnie na nich wylewa się smoła)
Zoey: (zaskoczona) Idźmy stąd za nim znowu coś na nas spadnie
(zrobili parę kroków, ale i tak zostali obsypani jeszcze pierzem)
Mike 'Arentino': (krzywi się) Będę miał problem się z tego domyć!
Lindsay: (przerażona) To nie jest błoto, które poprawiło by mi cerę. Aaa! I te pióra! Aaa!
(w oddali słychać warczenie)
Zoey: (zatyka Lindsay usta) Słyszeliście to? (puszcza ją)
Mike 'Arentino': Wspaniały miętusku, nie dźwięki są teraz ważne (próbuje z siebie strzepać smołe i pierze)
Zoey i Lindsay: Miętusku?

*kibelek zwierzeń*
*Zoey: Cieszę się, że Arentino zaprosił mnie na randkę (zaczyna myśleć) A co jeśli Mike nie chciał tego zrobić tylko to jego wcialenie tak działa? Arentino jest super, nazwał mnie różą i dziwnie... miętuskiem? Ale to nie ważne. Zaczynam tęsknić za normalnym Mike. Zastanawiam się czy nie wrócić na pierwsze piętro i jednak znaleźć Cameron'a*

Zoey: Może się wróćmy z powrotem piętro niżej?
Lindsay: (zdzwiona) Po co? Nie chce mi się patrzeć znowu na Heather
Mike 'Arentino': Słyszałaś blondynko, co powiedziała Zoey-piękność?  Jeśli ona chce wrócić to wracamy
Zoey: (dotknęła ramienia Mike 'Arentino') Posłuchaj go Lindsay
Mike: (trzęsie głową i wraca od normalności) Ojejku Zoey, przepraszam, ale zaś Arentino przeze mnie przemawiał
Zoey: Wiem Mike, nie szkodzi
(warczenie słychać coraz głośniej)
Lindsay: (trochę wystraszona) Okay, wracajmy piętro niżej
Zoey: (patrzy na podłogę) Tylko gdzie dokładnie była zapadnia?
(wszyscy cofnęli się pare kroków, a warczenie stało się jeszcze głośniejsze)
Mike: Skaczmy, to może uruchomi się w dół
(trójka osobników zaczęła skakać w miejscu coraz to szybciej)
Lindsay: (przerywa skakanie i widzi, że zbliżają się do nich psy z pianą w pysku) Zobaczcie, pieski!
Zoey: (zauważyła, że są groźne) Szybciej!
(w końcu zapadnia poszła w dół, a psy zatrzymały się na krawędzi zaczęły szczekać)
Mike: (pociera czoło z potu) Całe szczęście, że nas nie dorwały
(zapadnia stanęła)

*kibelek zwierzeń*
*Mike: Arentino zaprosił Zoey na randkę, a ja to miałem zrobić! Teraz nie wiem czy wzięła sobie to na poważnie czy nie. Wydaje mi się, że dla niej bardziej atrakcyjniejsze jest moje wciele niż ja sam, które jest podobne do Vito tylko, że woli Zoey (zasmucił się) Jestem zwykłą ofiarą i tyle.  Lepiej było by, aby Arentino został we mnie na zawsze, a zwykły Mike zniknął (położył ręke pod podbródek) I na pewno dało by się spowodować taki efekt, a Cameron wiedziałby jak to zrobić*

Wieża...

(Harold idzie schodami w górę. Nagle za nim biegnie Lightning i go wyprzedza, popychając go)
Harold: (masuje ramie) Aj, uważaj!
Lightning: (zatrzymuje się) Dlaczego mnie śledzisz?
Harold: (zdziwiony) Ja Cię śledzę?
Lightning: (niezadowolony) Tak. Wtarnąłeś na drogę, na której Lightning się znalazł!
Harold: Co? To ty przyszedłeś za mną!

*kibelek zwierzeń*
*Harold: Za kogo on się ma?*

Lightning: (obrażony) Idź sobie znaleźć swoją drogę, a nie przeszkadzaj mi w drodze do miliona! (zszedł na jeden stopień wyżej) Albo czekaj, kumplu (uśmiechnął się wścibsko i objął go ramieniem) Ty jesteś mądry i pomożesz mi zemścić się na Cameronie
Harold: (wciąż zdziwiony) Nie będę Ci w niczym pomagać (odsunął się) Nawet Cię dokładnie nie znam
Lightning: Ja jestem Lightning (chwycił jego dłoń i potrząsnął) Lightning najlepszy, niezwyciężony i jedyny w swoim rodzaju
Harold: (syczy z bólu ze względu na ściskaną jego rękę) I tak...ajć... nie będę...ajć... Ci pomagał!
Lightning: Jesteś pewien? (zaczął ściskać jego rękę coraz bardziej)
Harold: (ugina się z bólu) Dobra, dobra, pomogę!
Lightning: (dumny puszcza jego rękę) Najpierw kujonku pomożesz mi w znalezieniu miliona, a potem zrewanżujemy się z balonowych chłopcem
Harold: (niechętnie) Niech Ci będzie

*kibelek zwierzeń*
*Lightning: (uśmiecha się złośliwie) Tak właśnie wykorzystuje się frajerów! Cieszę się, że Harold wpadł w moje ręce, bo jednak kujon to kujon i jakoś będzie mógł rozprawić się z tym małym szczurem, który uważa się za nie wiadomo kogo*
*Harold: (prostuje zmieżdżoną rękę) Co miałem zrobić?! O mało co nie złamał mi ręki! Żałuje, że dałem się tak łatwo wykorzystać, ale jeśli rozpracuje dobry plan to po prostu go wykiwam*

Lightning: Teraz czekaj tutaj, a Lightning sprawdzi, co jest na górze (pobiedł do samych drzwi i je otworzył) Jak zwykle, nic tu nie ma (wrócił się z powrotem do Harold'a)
(w cieniu pomieszczenia zapaliły się czyjeś oczy)
Harold: Jesteś pewny, że nic tam nie ma?
Lightning: (z irrytacją) Tak, przecież mam dobry wzrok
Harold: (rozgląda się) Mnie się wydaje, że jednak jest tu coś (podchodzi do ściany i ręką stuka w mur)
Ligthning: Co ty robisz?
Harold: Sprawdzam czy przypadkiem w ścianie czegoś nie ukryto (pupukał kilka razy i za kolejnym puknięciem usłyszał inny dźwięk) Tutaj musi coś być
Lightning: (przewraca oczami) Wy kujony i te wasze durne domysły
Harold: (krzywi się) Mógłbyś uderzyć w tą cegłę? (wskazał palcem)
Lightning: (poszerzył oczy) Chyba żartujesz chudzielcu! (podniósł ręce w górę ukazując bicepsy) Lightning'a bicepsy i tricepsy są zbyt delikatne (pocałował jeden z mięśni)
Harold: (marszczy brwi) Chcesz milion, a nie chcesz się nawet przyłożyć?
Lightning: (wkurzony) Grr, stary, nie obrażaj Lightning'a! Jestem lepszym zawodnikiem niż ty!
Harold: To że udało Ci się dojść do finału jeszcze nic nie znaczy
Lightning: Ucierpiałem na tym (wskazał na włosy) Jestem siwy! W dodatku ja przynajmniej coś osiągnąłem, a ty nic. Nawet tutaj jestem lepszy, bo mam klucz (wyciągnął z kieszeni i podniósł go góry)
(orzeł przeleciał wyrywając szponami Lightning'owi klucz)
Lightning: (zaskoczony) Hej, to moje!
(orzeł zleciał schodami na dół)
Lightning: Chodź, musimy dorwać tego ptaka!
Harold: Nie dogonisz go już
Lightning: Stawiasz Lightning'owi wyzwanie? No to patrz! (zbiegł schodami w dół)
(Harold odetchnął)

*kibelek zwierzeń*
*Lightning: (wściekły) Głupi ptak!*
*Harold: Wreszcie się go pozbyłem*

Harold: (myśli) Czym by tu rozwalić tą cegłe? (stanął naprzeciwko muru opierając ręce o daną cegłę) Żeby tylko nie bolało (odchylił się lekko do tyłu i głową rozwalił mur) Ajjjja! (zatoczył się, ale za chwilę złapał równowagę) Klucz! (podniósł ze stopnia i spojrzał przez dziurę) Na moje oko to ten zamek musi mieć- (przerwał słysząc dźwięki)
Lightning: (słychać go jak się zbliża) Oddawaj Lightning'owi klucz ty pierzaste stworzenie!
(orzeł przeleciał przez dziurę strącając Harold'a)
Harold: (krzyczy) Aaaaaaaa! (czuje, że nie spada i spogląda w górę widząc jak orzeł trzyma go szponami za koszulkę)
Lightning: (trzyma się krawędzi dziury) Kujonie! Odbierz temu ptakowi klucz!
Harold: (trochę przestraszony) Jak?! Nie dostanę! (spróbował ręką dosięgnąć do łapy orła, w której również trzymał klucz)
Lightning: To oddaj mi ten, co trzymasz w ręce!

*kibelek zwierzeń*
*Harold: (wkurzony) Po moich trupie! (zaczął rozważać, co powiedział) Nie, po trupie to aż nie*

Harold: (niezadowolony) Chyba śnisz! Nie oddam Ci klucza!
Lightning: (zmarszczył brwi) To tak mi pomagasz fałszywcu?!
Harold: Zmusiłeś mnie! (spojrzał na ptaka, który ciągle leci w miejscu) Błagam tylko mnie nie puszczaj
Lightning: A weź sobie te klucze! Znajde lepsze! (cofnął się do tyłu i poszedł)
Harold: (uspokaja się) Dobry ptaszek, dobry orzeł, może mógłbyś opuścić mnie powoli na dół?
(orzeł spojrzał na niego i wydał dźwięk. Ruszył się szybko lecąc w nieznaną stronę i porywając ho)
Harold: (przerażony krzyczy z oddali) Nieeee! Aaaaa!

Trzecie piętro... Korytarz...

(Trent i Bridgette znajdują się w bardzo wąskim i w krótkim korytarzu)
Trent: (palcem łapie za koszulkę w okolicy szyji) Czy Tobie też tak gorąco?
Bridgette: Czym wyżej jesteśmy tym będzie coraz cieplej (idzie i zaczyna się ślizgać)
Trent: (też się ślizga) Ale napastowali tą podłogę
Bridgette: (stanęła) To lód
Trent: To nie możliwe. Jest tu tak gorąco, że lód nie ma szans, aby tu był
Bridgette: To spójrz (z całej siły tupnęła rozwalając fragment lodu z podłogi)
Trent: (zdziwiony) A-ale jak?
Bridgette: Mnie już to show i tak nie zaskakuje, bo wiem, że u Chris'a wszystko jest możliwe

Kamero-stacja...
Chris: (ogląda na ekranach co się dzieje) Bridgette ma rację. U mnie nie ma rzeczy nie możliwych

Trzecie piętro...

Trent: (chwyta za drabinkę zwisającą obok niego) Chyba musimy iść wyżej
(Bridgette wzruszyła ramionami i chwyciła też za drabinkę)

*kibelek zwierzeń*
*Bridgette: Narażam swoje życie tylko dla Trent'a, bo ja nie chce tych pieniędzy. Kiedyś ogarniała mnie chytrość na zdobycie tej forsy, ale to naszczęście mi przeszło. Geoff to by nawet chciał miliard, którego zza życia nie zdążył by wydać (patrzy w górę) Czego to się nie robi dla przyjaciół?*

Czwarte piętro... Biblioteka...

(oboje po drabince weszli do środka)
Bridgette: (rozgląda się) Wow, ile tu jest starych ksiąg
Trent: (też się rozgląda) I dużo zakurzonych zabytkowych mebli
Bridgette: (podchodzi do biurka i zdmuchuje z niego kurz) Dawno nie odwiedzano tego miejsca (chwyciła za zdjęcie) Patrz, tak to wyglądało w 1679 roku
Trent: (zbliżył się do niej i spojrzał przez ramie) Nic się praktycznie nie zmieniło (chwycił za czaszkę) Akrybut każdego poety (oczy czaszki zaświeciły się) Aa! (wypuścił ją)
Czaszka: (leży na podłodze) Wynoście się stąd jak najszybciej, bo inaczej spotka was kara!
Bridgette: (lekko przerażona) J-jaka k-kara?
(oczy czaszki przestały świecić)
Trent: Chcą nas tylko nastraszyć
Bridgette: (zachowuje spokój) Pewnie masz rację (odłożyła zdjęcie i podeszła do regału z książkami) "Męczarnie", "Jak umrzeć na tysiąc sposóbów?", "Skończeni na zawsze" (przeczytała kilka tytułów książek) Okropne! Jak oni mogli to wtedy czytać?!
Trent: Brzmi strasznie (też podszedł do regału) Może jest tu ukryte przejście?
Bridgette: (zdziwiona) Jak możesz teraz o tym myśleć? Ja chcę stąd iść, tu jest przerażająco!
Trent: (zaskoczony jej zachowaniem) To ma nas specjalnie odstraszyć, ale my nie możemy się zwieść
Bridgette: Nie chce tu być. Poczekam na dole (poszła z powrotem do drabinki i zeszła na dół)
Trent: Okay, ja się postaram zaraz wrócić (wyjął jedną z książek i strał ręką z niej kurz) "Blady świt" o coś o nie umieraniu (otworzył ją i zauważył doklejoną karteczkę) "Znajdziesz tu to czego szukasz" (przeczytał i zamknął książkę odkładając na miejsce)

*kibelek zwierzeń*
*Trent: (zadowolony) Chyba jestem we właściwym miejscu*

Trent: (dokładnie zaczął przeszukiwać książki. Nagle reagał obrócił się przenosząć go w inne miejsce) Aaaa!

Trzecie piętro... Korytarz...

Bridgette: (stoi sobie i słyszy krzyk) Trent? (patrzy w górę) Trent? (łapie się drabinki i spina się do pomieszczenia)

Czwarte piętro... Biblioteka...

Bridgette: (trzyma się wciąż drabinki wychylając tylko głowę w podłodze) Trent? (rozgląda się) Trent, gdzie jesteś?

Za regałem... Winda...

Trent: (słyszy Bridgette) Tutaj jestem! Bridge, słyszysz mnie? Tutaj! Za regałem!

Czwarte piętro... Biblioteka...

Bridgette: (nie słyszy Trent'a) Gdzie on się mógł podziać? (weszła cała do środka)

*kibelek zwierzeń*
*Bridgette: (zła) Super, Trent przepadł, a ja zostałam sama! Nie wiem, co teraz ze sobą zrobić. Chyba poczekam aż ten cały cyrk się skończy*

(Bridgette siada przy biurku i znudzona opiera się o blat łokciem)
Czaszka: (znowu zaczynają świecić jej się oczy) Daje wam ostatnią ostrzerzenie!
Bridgette: (wkurzona chwyta za globus z biurka) A przyknij się! (rzuca w czaszkę, która po chwili gaśnie)

Za regałem... Winda...

Trent: (widzi przy pół okrągłej ściance guziki i naciska jeden z nich, po czym podnosi się do góry) To jest jak jakaś forma windy

Ostatnie piąte piętro... Komnata...

Trent: (wychodzi z windy do ciemnego malutkiego pomieszenia. Obok windy zauważa pstryczek. Zapala światło i widzi wokół siebie masę walizek) Oh... niech...mnie! (zadowolony łąpie za jedną z walizek i próbuje otworzyć. Łapie za inną walizkę i też próbuje otworzyć) Ah do wszystkich trzeba mieć klucz. Chociaż... (wyjmuje z kieszeni scyzoryk i wybiera włąsciwy nożyk)

*kibelek zwierzeń*
*Trent: Zgabiłem noszenie scyzoryka od Duncan'a (zakłopotany) Nie żebym go śledził czy coś... (zachichotał nerwowo) W końcu jest z Gwen i ona jest moją byłą dziewczyną... a Duncan to jest teraz jej chłopak... (potarł tył głowy) i trochę interesuje mnie z kim chodzi moja ex-dziewczyna... Umm możecie to wyciąć?*

Drugie piętro... Korytarz...

(Anne Maria biegnie wzdłuż korytarza z walizką. Sapiąc zatrzymuje się i szybko chowa za zbroją rycerską. Gwen i Duncan wchodzą na piętro)
Gwen: Prosto! (pobiegła wzdłuż korytarza)
(Duncan stanął w miejscu)
Anne Maria: (kiedy widzi, że Gwen przebiegła, wychodzi zza zbroi) Ha! Ha! Frajerka! (wyciąga z włosów puszkę lakieru i rozpyla lakier na zamki walizki, które pękają) Pokażcie mi się moje maleństwa (próbuje otworzyć walizkę, ale ani drgnęła) Co?! Przecież zamki pękły!
Gwen: (odbiera jej walizkę) Ja to wezmę (biegnie w stronę Duncan'a)
Anne Maria: (wściekła) Grr! Ty parszywa gotko, oddawaj to! (pobiegła za nią)
(gdy Gwen dobiegła do Duncan'a, odsunęła się powodując to że Anne Maria nie zdążyła się zatrzymać i spadła ze schodów)
Anne Maria: (leci na dół) Ał! Ał! Ałaaaa!
Gwen: (uśmiecha się zadowolona) Mamy walizkę z powrotem
Duncan: (odbiera jej walizkę) Raczej ja mam
Gwen: (zdziwiona) Co? (próbowała wziąć walizkę, ale Duncan zdążył się odsunąć) Przecież jesteśmy razem
Duncan: (unosi nad głową walizkę, aby Gwen nie mogła dostać) Mimo, że podzielimy się później kasą to nie mogę sobie pozwolić na to aby pokonała mnie dziewczyna
Gwen: (zezłościła się) Jaka to jest różnica?! (zrobiła krok, ale Duncan podłożył jej nogę i spadła na podłogę) Hej!
Duncan: Właśnie taka (chwycił walizkę w dłoń i pobiegł)

*kibelek zwierzeń*
*Gwen: (w szoku) Duncan? Duncan przeciwko mnie? Trudno mi w to uwierzyć, że mnie tak potraktował i mnie tak zostawił! Powiedział, że podzieli się później kasą, ale zaczął grać nieczysto (wciekle) Jak on mógł?! Oh jak wojna to wojna. Nie daruje mu! (uspokoiła się i uśmiechnęła) Ale żeby nie było. Nie zrywamy ze sobą tylko staramy się o to kto z nas jest lepszy*

Ten sam korytarz... Kawałek dalej...

Courtney: (marudnie) Zmarnowaliśmy tylko czas na pustą walizkę i tego rekina! Do tego idziemy  tą samą drogą, co przedtem! W takim tempie nie uda nam się zdobyć tego miliona! Na pewno inni są już dalej i na pewno ktoś już trzyma naszą walizkę z forsą!
Scott: (zły zasłania sobie uszy) Przestań zrzędzić!
Courtney: Ja nie zgrzędze! Ja tylko mówie, że to Twoja wina i jesteśmy w tyle! Powinniśmy coś zdziałać, a my nic tylko wciąż-... Aa!
Scott: (wściekły chwycił ją za ramionach i przycisnął do ściany) Zamknij się! Nie mogę już słuchać jak narzekasz i narzekasz! Jesteś strasznie wkurzająca!
Duncan: (przebiega koło nich i postanowuje się zatrzymać) Hej, zostaw ją!
Scott: (puścił Courtney i się odwrócił) Przecież jej nic nie robię!
(Courtney odsuwa się i obrażona krzyżuje ręce oraz odwraca głowę. Po chwili jednak z powrotem patrzy na Duncan'a i zauważa walizkę w jego rękach)

*kibelek zwierzeń*
*Courtney: (zdziwiona) Duncan ma walizkę i nie trzyma się z Gwen? To podejrzane*

Courtney: Scott, spójrz (wskazała palcem na walizkę)
Scott: (widzi walizkę i podchodzi do Duncan'a) Masz coś co powinno należeć do nas
Duncan: (próbuje uciec, ale Scott podkłada mu nogę i leci na podłogę) Hej!
Scott: (zabiera mu walizkę) To była bułka z masłem!
Gwen: (dobiega do nich i uśmiecha się na widok Duncan'a) Widzisz jakie to uczucie jak ktoś Ci zrobi to samo, co ty zrobiłeś mnie?
(Courtney wciąż zaskoczona stoi i ich obserwuje)
Gwen: (szybkim ruchem, próbuje wyrwać Scott'owi walizkę) Dawaj!
Scott: Chyba Ci się coś pomyliło (odsuwa walizkę)
Gwen: (skręca mu rękę) Powiedziałam dawaj!
Scott: (jęczy, ale nie puszcza walizki) Ała!
Courtney: (podchodzi do nich i bierze od Scott'a walizkę) Nie wystarczy Ci, że odebrałaś mi chłopaka, jędzo?
(Duncan wstaje z ziemi i się otrzepuje)
Gwen: (puszcza Scott'a) Nie jestem jędzą i nie odebrałam Ci chłopaka (chwyciła za walizkę)
Courtney: (marszczy brwi i ciągnie za walizkę) Jesteś zbyt tchórzliwa, żeby przyznać się do tego jaką jesteś osobą
Gwen: (uderza ją z pięści w brzuch i zabiera walizkę) Doskonale wiem kim jestem! (pobiegła z walizką)
Courtney: Ał! (łapie się za brzuch)
(Duncan nic nie powiedział tylko pobiegł za Gwen)
Scott: Nic Ci nie jest? (zbliżył się do niej)
Courtney: (prostuje się) Nie... raczej nie
Scott: To świetnie, bo musimy biedz za walizką (chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą)
Courtney: Aa!

*kibelek zwierzeń*
*Courtney: (zdezorientowana) Ah jak ja nie przepadam za tą bladą kradziejką, ale zastanawia mnie fakt czy pokłóciła się z Duncan'em skoro oboje się tak zachowują? (uśmiecha się wrednie) Może wkrótce zerwą ze sobą albo już to zrobili!*


c.d.n...







Wybaczcie o to że tak długo, ale jak zaczęłam się szkoła to ani trochę czasu nie mam dla siebie, a na bloga to już całkowicie. Nie wiem kiedy pojawi się czwarta część, niestety nie szybko.